Ventzislav Piriankov - twórca IKON MAŁŻEŃSKICH

Niska popularność metod Naturalnego Planowania Rodziny wynika między innymi z podejścia lekarzy do tego tematu. Ale nie ma co się dziwić. Jeszcze do niedawna na uczelniach medycznych nic się na ten temat nie mówiło. Przełom nastąpił cztery lata temu. Wtedy z inicjatywy studenckiej na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym powstał fakultet, który dziś cieszy się olbrzymim zainteresowaniem. Julianna Żukowska jest jedną z osób, które ten fakultet prowadzą. I z nią postanowiliśmy porozmawiać.

Co przeciętny student medycyny w Polsce wie na temat metod rozpoznawania płodności. Czy na studiach ma szansę się czegoś na ten temat dowiedzieć?


Tak naprawdę nie wie na ten temat nic i do tej pory możliwości poznania metod NPR miał niewielkie. W trakcie studiów medycznych w zasadzie nie porusza się takich tematów.

Dlaczego?

No właśnie dlaczego? Między innymi po to stworzyliśmy nasz fakultet.

Ale to przecież wiedza medyczna, prawda?

Tak, to jest stricte wiedza medyczna.

No właśnie i tworzy się wokół tego zmowę milczenia. Czuć to na uczelniach?

Tak, czuć. Albo ten temat nie jest w ogóle poruszany albo jest poruszany w sposób prześmiewczy. Zwłaszcza na ginekologii. Lekarze, którzy się śmieją, zwykle bardzo mało na ten temat wiedzą i to jest główny problem. Nawet ci doświadczeni lekarze potrafią się źle wypowiadać, mimo że nie mają na ten temat wiedzy.

A jakie opinie i stereotypy są powielane w akademickim środowisku medycznym?

Takie jak w środowisku ogólnym. Na hasło „Metody rozpoznawania płodności” pojawia się obraz kalendarzyka, czasami jeszcze ksiądz do tego dochodzi, i to że metoda jest nieskuteczna. To są w zasadzie trzy mity, z którymi się spotykamy i z którymi musimy walczyć. Pokazujemy, że to nie żaden „ksiądz” tylko metoda stworzona na podstawie naukowych badań; że to czysta fizjologia. I to ludzi przekonuje.

A jakich ludzi?

Studentów. Na początku byli to studenci wydziałów lekarskich, teraz nasz fakultet zrobił się bardzo popularny. Mamy bardzo dużo zgłoszeń, także z innych wydziałów i spoza uczelni.

I kto przychodzi? Co to za ludzie i jakie mają nastawienie?

Bardzo różne. Większość gdzieś coś słyszała i chce się czegoś dowiedzieć. Spora część szuka alternatywy, bo wie, że antykoncepcja ma wiele działań niepożądanych i chce czegoś, co jest zdrowe. Ale jest też część osób, która mówi: „jesteśmy zwolennikami antykoncepcji i przychodzimy po to, żebyście nam przedstawili swoje argumenty”.

A jak reagują wykładowcy i środowisko akademickie?

Początkowo napotykaliśmy na opór. Brakowało zrozumienia, po co to wszystko robimy. Nie widziano w tym sensu, bo skoro tyle lat nie było NPR w programie studiów, to znaczy że nie jest to potrzebne. A my udowodniliśmy, że jest odwrotnie. Ludzie są bardzo zadowoleni, mamy coraz więcej zgłoszeń. Studenci zauważają, że tu chodzi o pewien światopogląd. Wchodzą w to najpierw „medycznie”, czyli patrzą w listę wykładów: fizjologia, anatomia, uczymy się też jakie są stężenia hormonalne, jak to powinno działać. A potem, zupełnie z zaskoczenia, rodzi się w nich taka świadomość, że tu nie chodzi tylko o wiedzę, ale o to, że to jest rzeczywiście zdrowe, zgodne z naturą i zawodem, który wybieramy. Bo przecież mamy po pierwsze nie szkodzić, „Primum non nocere”…

A o przysiędze Hipokratesa jakoś ostatnio się zapomina, prawda?

Mam wrażenie, że tak. Tym bardziej zależy nam na tym, żeby przychodziły osoby, które mają różne poglądy na nasz fakultet. Bo my jesteśmy otwarci i zapraszamy wszystkich, nie tylko tych którzy się z nami zgadzają. Często przychodzą do nas osoby z nastawieniem: „ja wiem, że to jest nieskuteczne, a teraz wy mi udowodnijcie, że jest inaczej”. Ale my to lubimy i z takimi osobami dyskutujemy.

A jakie są reakcje na to, że np. takie instytucje jak WHO uwzględniają te metody i podają ich wysoką skuteczność?

Obecnie w medycynie mamy trend, że wszystko musi być udowodnione. To nie jest już taka medycyna jak kiedyś, gdzie to, co powiedział pan doktor było święte. Teraz po diagnozie pana doktora otwiera się internet, wpisuje się hasło i sprawdza. I widać, że ktoś inny zaleciłby co innego i w innej dawce. Dlatego musimy dbać o rzetelność i to że opieramy się np. na WHO czy na innych badaniach, przekonuje. Studenci widzą to nasze naukowe podejście.

Czy to możliwe, że w obszarze NPR zrodzi się pewnego rodzaju moda na ekologię, bez względu na światopogląd?

Staramy się, żeby tak było. Na razie nie mogę zdradzać szczegółów. Ale tak, próbujemy coś w tym kierunku robić i jest na to duża szansa, tym bardziej, że widać w tym względzie rosnące zapotrzebowanie. Jest co prawda pewna moda, pokolenie które zwraca uwagę na ekologię - choć bardzo często jest to ekologia w cudzysłowie, bo to są osoby które np. sortują śmieci ale przyjmują antykoncepcję. Próbujemy więc uświadomić takim osobom jak działają metody naturalne i na czym polega ich „ekologia”.

A ludzie? Czy z własnego doświadczenia są już w stanie zrozumieć, że antykoncepcja jest niezdrowa?

Tak. Widać to choćby po ilości osób, które przychodzą do nas na zajęcia i to nawet wówczas, gdy nie mają możliwości zdobycia zaliczenia. Fakultet rozszerza się na całą Polskę. Oprócz Warszawy, zajęcia ruszają też w Poznaniu, Wrocławiu, Toruniu czy Gdańsku. Oprócz tego będą też warsztaty skierowane do studentów medycyny.

Mimo wszystko mamy wrażenie, że wciąż ciągnie się za tym ta niechlubna łatka kościółkowości… Czego nam potrzeba? Może pewnego rodzaju zdrowego tupetu, tak by pokazać, że NPR-em zajmują się nowocześni i przebojowi ludzie?

Tak , musimy przełamać stereotypy, które się za nami ciągną. Oczywiście osoby, które to środowisko i metody znają, nie mają takich odczuć. Ale jeśli ktoś przychodzi z zewnątrz, to zazwyczaj jesteśmy tak przez niego odbierani. Dlatego tym bardziej dbamy o to, by być dobrze postrzeganym. Jesteśmy młodą ekipą, mocno zaangażowaną, staramy się też promować przez strony internetowe, na Facebook’u i na różnych portalach.

W poradni mamy takie doświadczenie, że narzeczeni, którzy przychodzą, są pozytywnie zaskoczeni tym, że jesteśmy ludźmi z krwi i kości. Nie jacyś zakompleksieni odmieńcy, bezbarwni ludzie, tacy jakich się jeszcze niestety w wielu poradniach rodzinnych spotyka. Wy też macie takie doświadczenie?

Tak. Ludzie, którzy do nas trafiają, też to mówią. Bywa, że są to osoby spoza uczelni i ich zdziwienie jest olbrzymie. Jeśli ktoś do mnie dzwoni to się śmieję, że pewnie się spodziewa sześćdziesięcioletniej kobiety, no bo jak to brzmi: Julianna Żukowska… (śmiech). Żartuję sobie, że po ślubie przez to nazwisko doszło mi przynajmniej 20 lat. Ale do rzeczy… Możemy wprowadzać pozytywne zmiany robiąc to wszystko tylko profesjonalnie i zapraszając największe nazwiska z tych dziedzin, np. ginekologii, położnictwa czy laktacji. My nie mówimy naszym uczestnikom: zaufajcie nam, że tu będzie ciekawie. My im to pokazujemy naszym działaniem. No i nie oceniamy. Ktoś przychodzi z negatywnym nastawieniem i my tego nie zabraniamy. Wręcz dobrze, że takie osoby są i wątpią. Jeżeli powielają stereotypy to też super. W miarę zajęć pokazujemy im wyniki badań i naukowe podstawy tych metod. A NPR sam się obroni… to pewne.