Ventzislav Piriankov - twórca IKON MAŁŻEŃSKICH

Wśród fachowców budzi zarówno pozytywne, jak i negatywne odczucia. Ma gorących zwolenników, tak jak i zagorzałych przeciwników. Została ogłoszona „kościelną” alternatywą dla metody „In Vitro”, przez innych pseudonauką i szarlatanerią. Naprotechnologia. Czym jest? Czy działa i komu może pomóc? Na to pytanie spróbujemy Państwu odpowiedzieć w kolejnej rozmowie. Tym razem na rozmowę z nami zgodziła się Małgorzata Mąsiorska, instruktorka metody Creightona.


Czy Naprotechnologia ma się dobrze? Mamy wrażenie, że ostatnio w Polsce wokół tej kwestii zrobiło się cicho…


No tak, coś w tym jest. W momencie wprowadzenia tej metody leczenia niepłodności do Polski zrobiło się mnóstwo szumu, zwłaszcza wokół osób szkolących się, czyli lekarzy i instruktorów. Wiele informacji docierało do mediów, wiele się na ten temat pisało, wiele się też mówiło w radiu. W tej chwili mam takie poczucie, że ten temat ucichł. Tyle, że zawsze, gdy wraca dyskusja dotycząca metody in vitro, wtedy kiedy wraca dyskusja dotycząca problemów z płodnością, wraca też kwestia Naprotechnologii, jako drogi faktycznej diagnostyki i leczenia problemów z zaburzeniem płodności. Pytanie tylko czy już wszystko zostało w tej kwestii powiedziane? A chyba nie! Mam poczucie, że cały czas jest to metoda w jakimś stopniu nieodkryta, albo już zakwalifikowana do wąskiego, sztywnego spojrzenia, właśnie jako alternatywa dla in vitro. A uważam, że to niefortunne sformułowanie, bo nie oddaje tego czym faktycznie Naprotechnologia jest.


No właśnie, a czym jest Naprotechnologia?
To po prostu medycyna. Sama nazwa może być myląca, bo to skrót z angielskiego oznaczający „Technologię Naturalnej Prokreacji”. A tu przecież chodzi o medycynę. Naprotechnologia to dziedzina, która koncentruje się na odnajdowaniu przyczyn zaburzeń zdrowia, a następnie w wyniku diagnozy leczy te przyczyny i doprowadza organizm do zdrowia. A więc pierwszym celem Naprotechnologii nie jest poczęcie, ale zdrowie. Proszę mnie dobrze zrozumieć, jeśli kobieta i mężczyzna cieszą się zdrowiem, potem współżyją, to dojdzie też do poczęcia dziecka!


A w przypadku in vitro myśli się zupełnie inaczej. Czy pary, które szukają pomocy już teraz widzą te różnice?
Najczęściej Naprotechnologią interesują się pary, które mają problemy z poczęciem drogą naturalną, a nie decydują się na in vitro, bądź też mają doświadczenia z inseminacją lub in vitro, a które im nie pomogły i wtedy traktują Naprotechnologię jak ostatnią deskę ratunku albo szansę na spełnienie swoich marzeń. Kiedy zestawić te dwie metody, Naprotechnologię i in vitro, to ta pierwsza swoją skutecznością te drugą przerasta wielokrotnie, osiągając średnio 80% skuteczności. A to oznacza, że to nawet siedmio, ośmiokrotnie lepszy wynik. Pamiętajmy jednak, że mówimy tutaj o każdej przyczynie zaburzenia płodności.


No tak, bo czasem tylko zmiana diety i trybu życia może wpłynąć na poprawę zdrowia, prawda?
Tak, dokładnie. I od tego jakie mamy schorzenie, jak poważny to problem, zależy też leczenie i jego długość. Czasem jest to kwestia trybu życia, kiedy indziej zaburzeń hormonalnych. Wiele zależy od tego pierwszego etapu, a więc diagnozy, który w Naprotechnologii jest bardzo szczegółowa. A wszystko jest możliwe dzięki współczesnej medycynie, która stosuje nowoczesne metody. I te metody wykorzystujemy, ale z uwzględnieniem indywidualnego cyklu kobiety.


Czyli po raz kolejny kłania się NPR?
Tak, choć wolałabym nazywać to Metodami Rozpoznawania Płodności, a nie metodami Naturalnego Planowania Rodziny. Bo to zagadnienie zyskało już dużo szerszy zakres i określa metody pozwalające także skutecznie monitorować i diagnozować stan zdrowia kobiety. Dzięki temu lekarz może „uderzyć” bardzo celnie w słaby punkt płodności i zacząć coś z tym robić. Diagnostyka jest oczywiście dużo szersza, obejmuje badanie hormonów, USG czy inne konkretne badania, które są wykorzystywane w ginekologii, endokrynologii czy immunologii. Co ciekawe, zazwyczaj diagnoza pokazuje też, że są to skomplikowane powiązania, które wpływają na zaburzenie płodności, a nie jedno konkretne schorzenie.


Czyli Naprotechnologia to kompletne zaprzeczenie in vitro?
Jak dla mnie zaprzeczenie to metoda in vitro, która w ogóle nie bierze pod uwagę diagnostyki zdrowia, tylko chce pominąć problem, uzyskując efekt. In vitro to narażanie pacjentki, a także ewentualnie poczętego dziecka, na powikłania wynikające ze stymulacji hormonalnej. A przecież nasz organizm jest ”mądry” i warto się w niego wsłuchać. Jeżeli jest blokada płodności, jeżeli jest sytuacja kiedy nie można począć, to jest to mądrość organizmu, że z jakiegoś powodu ten proces zatrzymał. A zatem ominięcie tej” blokady” wcale nie jest rozwiązaniem, a tylko pogłębianiem problemów.


To częsty błąd, że in vitro nazywa się leczeniem niepłodności .A przecież ta metoda niczego nie leczy!
Dokładnie tak. Gdyby leczyło, po in vitro kobiety zachodziły by w ciążę drogą naturalną.


Przychodzą do Państwa pary doświadczone tzw. „leczeniem” metodą in vitro?
Tak. Przychodzą, bo się nie udało, a tak bywa niestety bardzo często. I te pary dzielą się tym, że podczas przeprowadzania in vitro nie czuły się fachowo traktowane. Że tak naprawdę nikt do końca nie stwierdził jaka jest przyczyna zaburzenia ich zdrowia, a jeśli była prowadzona diagnostyka, to często miała bardziej na celu stwierdzenie czy u tej pary in vitro może się udać czy już jest na to za późno. Bardzo często in vitro jest pierwszym i jedynym krokiem w stronę poczęcia i niestety niesłusznie. A jakkolwiek by nie mówić o in vitro, to jeśli ktoś ma taką wolę i spokój sumienia, aby się na to decydować, to uważam to za ostatni krok w stronę poczęcia, a nie pierwszy. Pamiętam jedną parę, która była po sześciu nieudanych próbach in vitro. Ta para trafiła do naszego gabinetu, nauczyliśmy się modelu Creightona, czyli używanej przez nas metody rozpoznawania płodności i rozpoczęła się pełna diagnostyka, a potem leczenie… i udało się. Kobieta po długim czasie naszej terapii jest w ciąży, a być może teraz, gdy rozmawiamy, jest już po porodzie. To trwało bardzo długo, ale gdyby to wszystko zacząć dużo wcześniej, można by ominąć cierpienie związane z in vitro również z powodzeniem planować poczęcie kolejnych dzieci, ponieważ ten organizm był jeszcze na tyle zdrowy i młody aby to zrobić. Niestety in vitro już na starcie zabiera nam cenny czas, tak naprawdę prowadząc w ślepą uliczkę. A przecież ponad 90% par poddanych procedurze in vitro ma konkretne zaburzenie zdrowia, które da się wyleczyć!


Mamy wrażenie, że ostatnio w kwestii płodności dominuje mentalność „automatowa”. Traktujemy wszystko na zasadzie automatu z napojami. Chcemy wrzucić monetę, by po chwili wypadł wybrany produkt. Podobnie podchodzimy też do zagadnień związanych z rodzicielstwem, prawda? A Naprotechnologia jest metodą, która stoi przecież w kontrze do takiej postawy. Leczy nie tylko z niepłodności, ale i z niewłaściwego podejścia do tych kwestii, z chęci „posiadania” dziecka i co ważne, ustawia człowieka w postawie pokory i cierpliwości.
Tak, to prawda. To zdarza się coraz częściej: na przykład łykamy tabletkę i ból ma minąć, bo my chcemy iść dalej pracować, działać, „realizować się”. A Naprotechnologia stawia nas w takiej konfrontacji z tym podejściem, z tą mentalnością. No i trochę ustawia na nowo ten porządek. Wtedy ludzie w końcu zaczynają patrzeć na to jak codziennie funkcjonują, jak wygląda ich relacja, czy dbają o tę relację. I nagle to wszystko zostaje na nowo ustawione. Oczywiście jeśli ktoś tego chce.