Ventzislav Piriankov - twórca IKON MAŁŻEŃSKICH

Papier” to za mało, by małżeństwo mogło przetrwać. Trzeba się starać. Trzeba walczyć, a przede wszystkim do małżeństwa trzeba się przygotować. Jak? Najlepiej rozmawiać, pytać, a nawet wsadzać przysłowiowy „kij w mrowisko”- radzi Jacek Pulikowski, doradca rodzinny i autor wielu książek poświęconych relacjom damsko-męskim, małżeństwu i rodzicielstwu.

Justyna i Jakub Witkowscy: Czy młodzi ludzie, którzy dzisiaj myślą o ślubie mają świadomość na co się decydują? Wiedzą co ślub ze sobą niesie?

Jacek Pulikowski: Ja bym tych ludzi podzielił na dwie grupy. Spotykam się z tymi, którzy muszą przyjść, bo chcą zawrzeć ślub w Kościele i muszą dostać „papier” i ci są nieświadomi. Ale zdarzają się wśród nich tacy, którzy przychodzą i potem mówią, że oni tu przyszli z przymusu, ale w zasadzie to się dużo dowiedzieli i bardzo za to dziękują.

To jest taki moment refleksji i szansa na zmianę myślenia?

Oni przychodzą nastawieni negatywnie przez otoczenie i opinie krążące po świecie: Kościół za dużo wymaga, i tak dalej, i tak dalej. A tu uczą się konkretnych rzeczy i ten mit ,że to jest beznadziejnie prowadzone dawno upadł. U nas, w Archidiecezji Poznańskiej kursy przedmałżeńskie przeważnie prowadzą ludzie z wyższym wykształceniem, naprawdę nieźle przygotowani, z dyplomami nauczycieli metod Naturalnego Planowania Rodziny. To są ludzie na poziomie. I te pary przychodzące na kurs są zaskoczone. Bo mit, że to są właściwie wszystko bzdury, stare babcie coś tam opowiadają, zupełnie się nie potwierdza. Jest totalne zaskoczenie, okazuje się, że konkretne, młode osoby, zwykle żyjące w małżeństwie, mają coś do powiedzenia. To jest pierwsza grupa. Druga, to osoby przed ślubem, które mają jakieś wątpliwości. Najczęściej dotyczące rodziny współmałżonka, przyszłych teściów, a czasem ich samych. I ci są ewidentnie poważnie myślący o małżeństwie, bo rzeczywiście chcą się czegoś dowiedzieć, działać, coś z tym zrobić, mimo że świat im tego nie podpowiada.

No właśnie. A z drugiej strony są pewnie takie osoby, takie pary, które w jakiś sposób nie uświadamiają sobie pytań, jakie należałoby sobie zadać w tej kwestii. To jest przecież ten czas rozeznawania?

Ale to jest szerszy problem. Żyjemy w kulturze, która odeszła od myślenia, od refleksji, od kształtowania rozumu i woli. Zamiast tego podaje się „papkę”, nawet w szkole. System kształcenia przecież nie zmusza do wysiłku intelektualnego, a raczej do zapamiętania czegoś. I to się przenosi na całe życie. Ludzie bezrozumnie wchodzą w karkołomne związki seksualne, ładują się w afery, bezrozumnie zaciągają kredyty, z których do końca życia się nie wygrzebią. Wszystko dlatego , że wyszło z mody myślenie i to dotyka również przygotowania do małżeństwa. Ludzie mówią: „bo my się kochamy, to na pewno nam się ułoży”. Ale życie pokazuje, że tak nie jest i stąd mamy taką lawinę rozwodów.

Zauważa Pan też takie zjawisko, polegające na tym, że ludzie pędzą do tego, by już być „po ślubie”? Zapominają i lekceważą to co jest „przed” do tego stopnia, że pewne elementy zarezerwowane dla małżeństwa praktykują jeszcze w narzeczeństwie?

To jest duch a raczej upiór naszych czasów. Dziś wszystko musimy mieć szybko. Dziewczyna skończyła 16 lat i musi spać z chłopakiem, no bo cóż, przecież nie będzie czekać 5 czy 10 lat do ślubu. Wszystko szybko, wszystko już! I to niestety przełożyło się na życie codzienne i tam gdzie wymagana jest roztropność, przygotowanie, wyczekanie, tego zaczyna brakować. Oczywiście z pewnym kosztem dla późniejszych relacji i związków, bo w to wszystko jest wpisane bezrozumne wchodzenie w małżeństwo, wiązanie się z osobą, która wcale nie rokuje na bycie ojcem czy nawet matką. Tak! Bo to drugie też się zdarza! Kobiety też bywają zdewastowane psychicznie i nie nadające się do roli żony i matki. Nawet w ogóle o niej nie marzą! One chcą mieć tylko faceta do zabawy, nie chcą być żoną i matką.

A czym właściwie powinien być czas tzw. „chodzenia” ze sobą a potem narzeczeństwa?

Kiedyś to było bardzo wyraźnie rozróżniane: oświadczyny, zaręczyny, a potem przygotowania. Czas takiego wstępnego chodzenia powinien wyglądać mniej więcej tak: podoba ci się dziewczyna, to zadaj sobie pytanie: czy chciałbyś mieć taką córkę? Jeżeli tak, to w porządku. To chodź z nią, poznawaj ją, bo być może kiedyś to będzie twoja żona. Ale jeżeli absolutnie nie chcesz mieć takiej córki jak ona, to nie zawracajcie sobie głowy i nie bawcie się sobą! Dlatego pierwsze takie rozpoznanie robimy w czasie tzw. „chodzenia”. A to się zdarza przecież coraz rzadziej, bo my się nie poznajemy, tylko się do siebie zbliżamy cieleśnie i nawzajem się pobudzamy. Do tego się przecież szkoli już 13-latki, żeby współżyć z antykoncepcją, żeby uczucia i odczucia zawładnęły wolą. Oczywiście w tym jest biznes, który zarabia na antykoncepcji, na pornografii, na aborcji, na środkach poronnych i tak dalej. Są tacy ludzie, którym na tym zależy i tak się dzieje. Ludzie zaczynają chodzić i... idą do łóżka, w ten sposób blokując możliwość poznania się. Po omacku potem wchodzą w małżeństwo i potem się po omacku rozstają, nie poznawszy siebie. A normalne chodzenie powinno być wstępnym ćwiczeniem. W chwili, gdy jest decyzja na „tak” i poważnie przymierzamy się do małżeństwa, wtedy są oświadczyny, narzeczeństwo. Dawniej mówiono, że narzeczeństwo powinno trwać przynajmniej rok, wszystkie cztery pory roku. W tym pewnie jest jakaś prawda. Narzeczeństwo powinno być ostatecznym przymierzeniem się do małżeństwa z tą konkretną osobą. Czyli jako chłopak i dziewczyna powinniśmy dzięki sobie stawać się coraz lepszymi ludźmi. Dziewczyna powinna stawiać chłopakowi wymagania, a on stara się, wysila, np. zrywa z nałogiem. Podobnie dziewczyna dla chłopaka, np. przestaje plotkować, bo jemu się to nie podoba. Narzeczeństwo jest konkretną przymiarką do tej konkretnej kobiety, do tego konkretnego mężczyzny. Czy jego lub jej świat wartości jest akceptowalny, co jestem w stanie z siebie dać, z czego jestem w stanie zrezygnować. To dotyczy także przyzwyczajeń. Ona uwielbia spędzać wakacje nad morzem, a on uwielbia spędzać wakacje w górach i teraz rodzi się pytanie: czy w takiej prostej kwestii są w stanie się dogadać? Czy może jednak się takich tematów nie porusza bo to jest drażliwe, wobec tego dopiero po ślubie wychodzi, że my do siebie nie pasujemy.

To jest ten czas kiedy trzeba- nawet celowo- „wsadzić kij w mrowisko”?

Na pewno tak. Należy poruszać także drażliwe tematy dlatego, żeby nie wyszło to po ślubie.

A o co pytać?

O wszystko. O całą wizję życia, o rodzinę, o dzieci, o spędzanie wolnego czasu, o styl prowadzenia domu. Nawet o to, czy będziemy się zamykać, czy może będziemy wychodzić do ludzi, czy będziemy egoistycznie pilnować swojego biznesu, czy będziemy świadczyć jakąś pomoc innym, jeżeli będzie nas na to stać? To są bardzo ważne rzeczy. Bo jedna osoba np. nastawi się na to, że będzie pomagać niepełnosprawnym, a druga powie: nigdy w życiu się na coś takiego nie zgodzę! Dlatego należy się poznawać od samego początku i to w różnych sprawach.

Spotkał Pan małżeństwa, które mogłyby być przykładem zaniedbanego narzeczeństwa?

Oczywiście że tak. Znam tysiące takich przykładów i to są ludzie, którzy bywa, że miesiąc po ślubie- nie przesadzam!- miesiąc po ślubie trafiają do poradni bo ich małżeństwo się rozpada. Przed ślubem mieli różowe okulary na nosie, cielesna bliskość była na pierwszym miejscu, a to nie wystarcza na całe życie.

Czasem ludzie podchodzą do tego w ten sposób: „my jesteśmy wierzący, nam nic nie grozi”. Zdarza się, że wśród takich rozpadających się małżeństw, które nie przeżyły czasu narzeczeństwa w dobry sposób, są też praktykujący katolicy?

Im bardziej wierząca osoba, tym poważniej myśli o życiu, o małżeństwie, o sakramencie. Jest taka prawidłowość, że ludzie prawdziwie wierzący się nie rozwodzą. Wchodzą w małżeństwo w czystości, mimo że świat to wyśmiewa. Jest na pewno bardzo silna korelacja pomiędzy przygotowaniem do małżeństwa, a potem życiem w małżeństwie i jakością tej więzi. Statystyki potwierdzają to jednoznacznie.

Ale sama religijność nie jest 100% gwarantem?

Oczywiście. Święty Paweł mówi: „Kto stoi, niech baczy by nie upadł”. Natomiast ja nie spotkałem jeszcze i mam nadzieję, że nie spotkam pary, która świadomie, w czystości doszła do małżeństwa, a potem zaczęła się zdradzać i rozchodzić. Tak samo nie spotkałem też pary, która się codziennie wspólnie modli, a potem nagle strzela bomba i dochodzi do rozwodu. Owszem znam małżeństwa, które się modliły, ale zaniechały tego, przestały praktykować i potem się rozeszły.

Na koniec chcielibyśmy Pana zapytać o pewne zjawisko. Wspominał Pan o kobietach, które nie dorastają do roli żony i matki. A czy zauważa Pan też to, że brakuje konkretnych i odpowiedzialnych mężczyzn, tak że kobiety, które chciałyby spotkać osobę zdecydowaną w działaniu mają duży problem? Są same, mimo że marzą o kimś wartościowym, a przecież to fajne kobiety: ładne, otwarte, ciekawe świata i z pasjami.

Rzeczywiście jest bardzo poważny deficyt porządnych mężczyzn. Tak że nie wszystkie porządne dziewczyny znajdą dziś porządnych chłopaków. To niestety pewne.

Im dalej tym gorzej?

Tak. Dlatego, że choć wśród mężczyzn jest pewien ruch, by nie być już Piotrusiami Panami, lalusiami, playboyami, tylko facetami z krwi i kości, to jest on wciąż za słaby. To podtrzymuje dysproporcję między porządnymi mężczyznami i kobietami, mimo że część kobiet i tak schodzi na manowce. Dlatego ja mówię takim samotnym dziewczynom: po pierwsze musisz się liczyć z tym, że nie spotkasz faceta. I jako kobieta, jako matka w szerokim tego słowa znaczeniu, musisz godnie żyć. Po drugie, masz wyjść do świata. Masz nie tyle szukać męża, co bywać w środowiskach, w których są porządni mężczyźni i tam pokazywać siebie bez udawania nieporządnej, która chce złapać kogoś, tylko pokazać siebie taką jaką jesteś. Żeby Królewicz się zachwycił: „Kurcze jaka wspaniała dziewczyna, nie dość że myśli inaczej niż ten cały motłoch to jeszcze ma odwagę o tym mówić!” I jeszcze jedno. Dziewczyny, jak wy się będziecie szanować, to i faceci zaczną was szanować. Kobiety powinny mężczyzn wychowywać. Ten niedobór porządnych facetów wynika w ogromnej mierze z zachowań kobiet. Raz: mamusie rozpieszczają synusiów, dwa: ojcowie są wycofani z wychowania i trzy: dziewczyny rozpieszczają chłopaków, bo facet na pstryknięcie palcami ma kobietę natychmiast, jak tylko zechce. A to jest strasznie deprymujące i zniechęca do wysiłku, bo mężczyźni powinni być dzisiaj zmuszani do tego, by zdobywać kobiety. Niestety najczęściej jest na odwrót: dziś to kobiety zdobywają mężczyzn, a to dramat, bo panowie wtedy nie mają szansy dorosnąć.